Wszystkie posty umieszczone pod: Foodie

Liban

Nazywam się Rafał. Przyznaję, że nałogowo kupuję bilety lotnicze. Ledwo skończę jedną podróż, pakuję się mentalnie w kolejną. Trwa to niemal od zawsze; no może od zakończenia liceum, kiedy pracowałem 3 miesiące jako przewodnik górski. Za zarobione pieniądze wyruszyłem w 2 tygodniową podróż autokarem do włoskiego Rimini wraz z grupą przyjaciół. Pamiętam nasz apartament, pachnącą pieczonymi pomidorami kuchnię i siatki wybrzuszone butelkami wina. Po tym dość bogatym we wrażenia wyjeździe, pewien byłem tylko jednego – nie zatrzymam się w poszukiwaniu nowych miejsc, smaków, kontaktów z ludźmi, choćby nie wiem co. Podróżowałem całe studia, odreagowywałem nieudane relacje, odejście Mamy; nie zatrzymałem się w czasie rocznej chemioterapii, ani gdy brakowało złotówek, gdy szukałem pracy. Głód nowego wypełniałem gromadzonymi historiami, migawkami odwiedzonych miejsc, wspomnieniem odkrytych smaków. Perspektywa podróży mocno mnie cieszy. Czasem wszystko drobiazgowo planuję na długo przed lotem; częściej wyjeżdżam zupełnie spontanicznie i sam jestem zaskoczony, jak wiele z moich odkryć pokrywa się z rekomendacjami przewodników Monocle (seria, którą warto zabierać ze sobą). Wyjazdy pomagają mi zrozumieć skomplikowany świat i relacje międzyludzkie. Nie inaczej było z Bejrutem. …

Tre Cime

Znaleźliśmy idealne schronisko górskie. Sami zobaczcie, czy oprzecie się urokowi tego miejsca… W cenie pokoju jest śniadanie, woda butelkowana w góry, ciasta domowe serwowane cały dzień oraz kolacja (3 dania i bufet sałatkowo-serowy), wstęp do SPA (takiego spa nie widzieliście nigdzie – to możemy obiecać!), ogrzewany basen zewnętrzny. Cena dla osoby różni się w zależności od sezonu. My płaciliśmy 300 zł (lato 2019). Jeżeli cokolwiek zmusi Was do opuszczenia schroniska i strefy SPA, to właśnie okoliczne góry. Słowa piękne, obłędne… są tu zupełnie zbędne; popatrzcie na zdjęcia poniżej.

Castel Fragsburg, czyli najmniejszy 5-gwiazdkowy hotel w Południowym Tyrolu

Castel Fragsburg, choć określany najmniejszym 5* hotelem w Południowym Tyrolu, oferuje niemałą dawkę przyjemności. Jedną z nich jest niewątpliwie część spa (z naturalnymi kosmetykami) oraz basen z widokami na winnice. Dla chętnych również poranna joga. Kuchnia jest tu gwiazdkowa! Nawet najprostsze pozycje w menu okazały się zaskakujące. Jeśli tam będziecie, koniecznie spróbujcie minestrone. Sposób podania i jakość produktów nie mają sobie równych. Śniadania oparte są o lokalne eko składniki. Położenie hotelu, widoki, kuchnia, spa – wszystko to sprawia, że ma się poczucie solidnej regeneracji już po jednym dniu pobytu. Dostajemy zastrzyk energii na dalsze trekkingi. I choć tym razem trekking okazał się krótszy niż planowaliśmy, bo nad Jeziorem Braies spotkała nas burza z gradem, to nie ma tego złego… 😉 Szybciej dotarliśmy do kolejnego miejsca, które przywitało nas najlepszą szarlotką na świecie!

Przystanek w Lanie

1477 Reichhalter. Warto? Warto! Dla dobrej kuchni (czy musimy o tym pisać, że takie miejsca wybieramy heh), dla pięknych wnętrz i dobrej lokalizacji. W tym miejscu czułem się jak bohater dobrego filmu; w każdym razie z dobrą scenografią. Dla wnikliwych czytelników bloga – w domu, w Warszawie mam takie same gniazdka do prądu (to znaczy część z nich, bo wymiana całości była na razie zbyt kosztowna).

Tbilisi nowym Berlinem?

Samolot LOTu dolatuje do stolicy Gruzji o 3:30. Nie dajcie się nabrać na naciągaczy i wybierzcie taxi z korporacji, aby za 15 zł być w 30 minut w centrum miasta. Wiosenny spacer warto zacząć od wschodu słońca. Ulice Tbilisi są wtedy kompletnie puste, a samo miasto w złotym świetle ma hipnotyczny urok miast Bliskiego Wschodu. Po godzinie 7 spokojny rytm miasta stopniowo wypiera tłum, aby oblepić je aż do nocy. Najlepszym wyborem na nocleg będzie Rooms Hotel lub wybrany przez nas hotel Stamba, który magazyn New York Times zaliczył do 100 najlepszych na świecie. O wrażeniach z hotelu nie chcę się rozpisywać, ale mogę Wam obiecać jedno – tak dobrego śniadania prędko nie zjecie! Tbilisi zaskoczyło nas różnorodnością knajp, kawiarni, galerii, które wtapiały się w organizm miasta, przy czym były ultra nowoczesne i designerskie. Na ulicach widać niemało młodych, modnych ludzi, których moglibyśmy równie dobrze zobaczyć na ulicach Berlina czy Mediolanu. Przykładem miejscówki, która łączy w sobie wszystko, o czym pisaliśmy, jest Fabrika – hostel, knajpy, sklepy w post-fabrycznej przestrzeni rozpościerającej się przez tysiące metrów …

Dojechaliśmy do Tokio

To już pachnie naszym lenistwem, że post z Tokio pojawia się właśnie teraz. Na usprawiedliwienie powiem, że byliśmy ostatnio mocno zajęci. Myślę tu o zmianach w życiu, wyzwaniach w pracy (tak, Tasty nie jest naszym jedynym zajęciem), jak i podróżach. Tylko w zeszły weekend udało nam się spacerować po zamarźniętym jeziorze w Dolomitach, przegryzać kanapki z włoskim salami na szczycie Kronplatz, czy degustować wino u źródła w regionie Valpolicella. No dobrze, ale do weekendu dojdziemy niebawem. Czujemy się winni zaniedbania i rzutem na taśmę ruszamy z ostatnim przystankiem na naszej ostatniej wyprawie do kraju kwitnącej wiśni…

Prosto i sezonowo, czyli galette ze śliwkami

Kochani, obserwując Instagrama – widzicie nasze rytuały kulinarne. I tak co tydzień, gdy tylko jesteśmy w domu, pieczemy chleb. Taki puszysty, na zakwasie, wg. dopracowanej receptury. Wraz z gośćmi wjeżdżają też ciasta – od klasyków, jak szarlotka, po wegańskie i bezglutenowe tarty. Zdecydowanie jesteśmy zwolennikami wykorzystywania tego, co w sezonie najlepsze i najświeższe. A jeśli jeszcze możemy coś przygotować bardzo szybko i efekt jest więcej niż zadowalający, stajemy się wierni przepisowi i możemy go powtarzać bez przerwy! Tak było z galette. Galette ma francuskie „korzenie” i jest to rodzaj kruchego ciasta, wałkowanego na płasko, z niedbale zawijanymi krawędziami i przeróżnym nadzieniem: od słodkich do wytrawnych. Ja częściej stawiam na wersje słodkie, jesienią wykorzystuję jabłka, gruszki czy – jak w tym przypadku – węgierki.